Samochodem do Cafayate

Opublikowano: 17.01.2024 o 0:37 przez mat w Argentyna, Naokoło świata

28 i 29 grudnia spędzamy w Salcie nabierając sił i planując co dalej. Trochę chodzimy po mieście, trochę narzekamy na nasz hotel – wprawdzie położony w centrum, ale nasz pokój jest mały i duszny, z oknem na wewnętrzny korytarz/patio, więc głośna klimatyzacja musi chodzić całą noc. Decydujemy się wynająć samochód na kilka dni i zwiedzić okolice na własną rękę. Tempo zorganizowanej wycieczki, na której byliśmy, było zdecydowanie za duże, więc tereny na południe od Salty zwiedzimy wolniej.

Jest czas świąteczno-noworoczny, więc ciężko znaleźć wypożyczalnię, w której będą dostępne samochody, udaje się jednak zrobić rezerwację w Avis. 30 grudnia jedziemy na lotnisko (bo tam jest wypożyczalnia), a w biurze wypożyczalni niespodzianka – moja rezerwacja została anulowana! Szkoda że nawet nie pofatygowali się wysłać maila.. Kiedy pytam się o powód anulowania rezerwacji, pracownik mówi że po prostu nie mają samochodu, który rezerwowałem. Dodaje też, że mają inny, tylko o 50% drożej! Korzystałem z wielu wypożyczalni i zawsze, kiedy nie było samochodu, jaki zarezerwowałem, dostawałem inny w tej samej cenie. Ponieważ mieliśmy już zarezerwowany nocleg, a inne wypożyczalnie były jeszcze droższe, poddaję się szantażowi i wypożyczam drożej.

Z godzinnym opóźnieniem wyjeżdżamy z Salty i jedziemy w stronę miejscowości San Carlos niedaleko Cafayate. Po raz pierwszy prowadzę samochód w jakimkolwiek kraju Ameryki Południowej i muszę przyznać, że sposób jazdy miejscowych kierowców jest dosyć specyficzny. Ograniczenia prędkości są jedynie luźną wskazówką, a podwójna ciągła linia najwyraźniej nie zabrania wyprzedzania, jedynie pokazuje gdzie jest środek drogi. Pierwsza część trasy wiedzie przez wioski, czasem widzimy gauchos ubranych jak za dawnych lat – kapelusz z szerokim rondem, koszula biała lub w kratę i dżinsy, w jednej z miejscowości zatrzymujemy się na całkiem niezły i tani obiad. Dalsza część drogi biegnie przez bardzo malowniczą Quebrada de Cafayate, zatrzymujemy się zobaczyć nieużywany już most znany z filmu Dzikie Historie, kilkadziesiąt kilometrów dalej zwiedzamy formacje skalne Garganta del Diablo oraz Anfiteatro. Pod koniec dnia mamy trochę przygód z nawigacją, więc dosyć późno docieramy na miejsce.

Nasz pensjonat nazywa się La Casa de Los Vientos – Dom Wiatrów. Prowadzą go przemili państwo, widać że wkładają dużo serca w swoją pracę. Otwarte patio z roślinami i drzewami otoczone jest przez parterowe budynki zbudowane z Adobe – cegły z suszonej gliny ze słomą. W trakcie naszego pobytu nie ma zbyt wielu gości, więc bez pytania dostajemy nieco większy pokój, niż zarezerwowaliśmy. Ostatnie śniadanie w roku bardzo dobre – kawa, herbata, sok, domowe przetwory, zwykły chleb, oraz ciepły pan casero salteño – domowy, płaski chlebek z różnych rodzajów mąki.

Po śniadaniu jedziemy do Cafayate – po drodze zwiedzamy winnicę i kupujemy lokalne wino. Jestem ciekawy, jak zmieniło się miasteczko przez kilkanaście lat od mojej poprzedniej wizyty. Nie mogę uwierzyć oczom jak wielu turystów widzę, ile samochodów na ulicach, ile nowych restauracji się pojawiło. Wydaje się, że sezon turystyczny w pełni – widzimy nie tylko samochody na argentyńskich numerach, ale też potrafią stać obok siebie auta z Boliwii i z Brazylii. Upał nie pomaga w zwiedzaniu miasta, więc po obiedzie jedziemy po raz kolejny odwiedzić Quebradę de Cafayate. W pełnym słońcu okolica przypomina nam parki narodowe stanów Utah czy Arizona, w szczególności park Capitol Reef.

Noc sylwestrową spędzamy bardzo spokojnie w pensjonacie. Możemy za to stosunkowo wcześnie zacząć dzień – śniadanie jest jeszcze lepsze niż poprzednie (dodatkowo dostaliśmy owoce). Lenimy się przez kilka godzin, w końcu jedziemy do Cafayate, znajdujemy czynną restaurację, następnie jedziemy do preinkaskich ruin Quilmes. Nie pamiętam, czy w 2007 roku było tam muzeum, teraz można się dowiedzieć o ludach, które zamieszkiwały okolicę, o tym jak strasznie potraktowali ich Hiszpanie – cała ludność została przesiedlona w okolice Buenos Aires, szli tam w niewoli cały rok.. Zwiedzamy ruiny, całe porośnięte wielkimi kaktusami, po czym wracamy do San Carlos.

2 stycznia bardzo trudno było się nam pożegnać z państwem którzy prowadzą pensjonat, tak dobrze nam się rozmawia. W końcu ruszamy – musimy oddać samochód do godziny 14. W ostatnich dniach padało, więc droga nie jest zbyt łatwa, trzeba powoli przejeżdżać przez kałuże, ale udaje się bez problemów dojechać z kilkunastominutowym zapasem. Potem znów taksówka z lotniska do miasta, na szczęście za dnia nie musimy czekać. Nasz nowy nocleg jest w części miasta niedaleko wzgórza św. Bernarda – blisko centrum, blisko Muzeum Antropologii, ale okolica jest dużo spokojniejsze i spokojniejsza niż samo centrum.

Salta i okolice

Opublikowano: 16.01.2024 o 22:38 przez mat w Argentyna, Naokoło świata

26 grudnia zwiedzamy miasto Salta i próbujemy ustalić nasze następne kroki. Miasto nie zmieniło się za bardzo od mojego poprzedniego pobytu w 2007 roku. Główna róznica to fakt, że zupełnie nie opłaca się korzystać się z bankomatów, bo nie dość że kurs (nawet ten przeznaczony dla turystów) gorszy, to jeszcze bankomaty doliczają sporą prowizję. Dużo lepiej wymienić dolary u cinkciarza (albo w antykwariacie). Mamy wrażenie, że policja nie tylko przymyka oko na cinkciarzy, ale nawet pilnuje żeby nie oszukiwali turystów. Z ciekawości sprawdzam stare wyciągi bankowe – w 2007 roku w Salcie wyjąłem z bankomatu 150 pesos, które bank przeliczył mi na 140 złotych. Teraz 1000 pesos to nieco ponad 4 złote..

Salta

W mieście wciąż jest dużo bardzo przyjemnych kawiarni i restauracji, zwiedzamy też muzea. Najciekawsze jest muzeum archeologii wysokogórskiej MAAM, w którym dowiadujemy się bardzo dużo o kulturze Inków, kulturach preinkaskich, a na koniec wchodzimy do sali w której eksponowana jest jedna z trzech znajdujących się w muzeum mumii dzieci. Dzieci zostały zaprowadzone na wysokość 6700 metrów na wulkan Llullaillaco, gdzie zostały złożone jako żywe ofiary. Co kilka miesięcy zmieniana jest mumia, która jest eksponowana, podczas naszej wizyty zobaczyliśmy La niña del rayo (pol. Dziecię Pioruna), mumię sześcioletniej dziewczynki, której zwłoki zostały uszkodzone przez uderzenie pioruna.

Wczesnym rankiem 27 grudnia jedziemy na wycieczkę z biurem podróży. Kierujemy się na północ, mijamy miejscowość Jujuy, zatrzymujemy się w końcu w Purmamarca – uroczym miasteczku z niewielkim rynkiem, zaś nad miejscowością znajdują się słynne kolorowe skały. Dalej zwiedzamy ruiny preinkaskich fortyfikacji Pucará de Tilcara. Inkowie zdobyli je dopiero w XV wieku, a już pół stulecia później na miejscu pojawili się Hiszpanie. Na szczycie znajduje się pomnik z 1935 roku poświęcony archeologom, którzy w pierwszej połowie XX wieku badali ten teren. Niestety, pomnik został zbudowany w miejscu, w którym pierwotnie znajdowały się inne budowle, na dodatek łączy w sobie style Majów i Inków, które nie występowały w tym obszarze.

Pucara de Tilcara

Dalej jedziemy do Humahuaca, niewielkiej miejscowości wysoko w górach. Do naszego busa wsiada lokalny przewodnik, który recytuje wiersze o smutnym życiu rdzennych mieszkańców, o tym jak biali Argentyńczycy ich źle traktują. Następnie obiad w miejscowej restauracji – nie ma najlepszych opinii, ale jedzenie przyzwoite. Najwyraźniej mają umowę z biurem podróży, które przywozi grupy. Po obiedzie ruszamy z tym samym miejscowym przewodnikiem zwiedzić miasto. Wchodzimy po schodach pod pomnik górujący nad miasteczkiem, oglądamy panoramę okolicy, ale najciekawsza rzecz znajduje się z drugiej strony. Zauważamy, że blisko jest cmentarz, pytamy się przewodnika, czy będzie w porządku jeśli tam pójdziemy – okazuje się że nie ma przeszkód. Zaraz po wejściu na cmentarz widzimy kilka osób z gitarą i czymś do picia przy grobie jednego z miejscowych muzyków, wygląda jakby po prostu przyszli odwiedzić przyjaciela. Inne groby też wyglądają ciekawie, niektóre są kolorowe, wszystkie pomniki są dosyć wysokie. Bardzo ciekawe doświadczenie.

Cmentarz w Humahuaca

Wsiadamy do busa i jedziemy z powrotem do Salty. Mamy za sobą ponad 500 kilometrów, ale dzień się jeszcze nie kończy. Zamiast jechać prosto do hotelu, idziemy na ulicę Balcarce znaną z peñas – restauracji w których gra muzyka na żywo do której tańczą tancerki i tancerze. Jedzenie świetne, a wrażenia jeszcze lepsze. Przekonujemy się też o bezpieczeństwie i uczciwości Argentyńczyków – zostawiliśmy przy stole plecak z cenną zawartością i zorientowaliśmy się w drodze powrotnej do hotelu. Biegniemy z powrotem do restauracji, a po drodze już inni klienci pytają się czy nie zostawiliśmy plecaka, bo jest do odbioru w barze. Uff!

Calle Balcarce

Lotnicze niespodzianki

Opublikowano: 16.01.2024 o 21:14 przez mat w Argentyna, Latanie, Naokoło świata, Patagonia

Bilety na samolot były dużo tańsze w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, więc korzystamy z tego i lecimy z patagońskiego Bariloche do Salty na północy Argentyny. Pierwsze zdzwienie to nasz Uber na lotnisko – kierowca przejeżdża obok nas, jedzie dalej, aż w końcu zatrzymuje się przecznicę dalej. Po chwili dostaję od niego wiadomość że się pogubił, oraz że psuje mu się telefon – udaje nam się dogadać tak, że skoro go widzimy, to już dojdziemy kawałek (z plecakami), bo to lepsza opcja niż żeby próbował znaleźć nasz adres. Kierowca to młody chłopak, sądząc po akcencie raczej nie Argentyńczyk. Trochę mu współczuję – pewnie jest daleko od domu, są święta, a on jeździ rozsypującym się autem, na dodatek klienci mogą się na niego wkurzać ze względu na zepsuty telefon. Na szczęście mamy dużo czasu, jedziemy na lotnisko z dużym wyprzedzeniem czasowym tylko dlatego, że musieliśmy o 10 rano wymeldować się z naszego mieszkania.

Lotnisko w Bariloche to nieduży regionalny port, a 25 grudnia jest prawie całkiem puste. Na szczęście znajdujemy otwartą kawiatnię i spędzamy tam kilka godzin. Budynek terminala jest piętrowy, odloty (i nasza kawiarnia) są na górze, więc przynajmniej mamy dobre widoki. W końcu, po kilku godzinach czekania, możemy nadać bagaż i przejść kontrolę bezpieczeństwa. Aerolineas Argentinas mają dziwne limity w lotach krajowych – bagaż nadawany może ważyć maksimum 15 kilogramów i nie można podczas dokonywania rezerwacji tego zmienić, nawet za opłatą. Za nadbagaż płaci się na lotnisku, przy czym opłata jest stała aż do wagi 23 kilogramów – płaci się około 6 tysięcy pesos (6 dolarów) niezależnie czy walizka będzie ważyc 16, czy 23 kilogramy. Spakowaliśmy się więc tak, że jeden plecak waży równe 15 kilogramów, a drugi – 23, żeby za nadbagaż zapłacić tylko raz. Ku naszemu zdzwieniu, pani przyjmująca nasz bagaż nic nie powiedziała na zbyt ciężki plecak i nie płaciliśmy nic ekstra.

Mamy lot z przesiadką w Buenos Aires. Chwilę przed odlotem, kiedy siedzimy przy naszej bramce, słyszymy komunikat, że owszem lecimy do stolicy, ale na inne lotnisko niż na naszym bilecie. Zanim udaje się nam zrozumieć o co chodzi, zapraszają pasażerów do samolotu, więc nawet nie mamy kogo się spytać co w takim razie z naszą przesiadką. Zajmujemy nasze miejsca i zakładamy że skoro mamy bilety do Salty, linia lotnicza powinna martwić się o to, żebyśmy dotarli na miejsce, więc o przesiadkę będziemy martwić się w Buenos Aires. Tymczasem podziwiamy widoki z samolotu, oglądając Patagonię po raz ostatni.

Na lotnisku w Buenos Aires kierują nas do wyjścia i po odbiór bagażu. Przed wejściem do hali odbioru bagażu nie ma żadnego stanowiska w którym moglibyśmy się dowiedzieć co z naszą przesiadką, zapytane osoby z obsługi również nie za bardzo są w stanie nam pomóc. Na wszelki wypadek ustawiamy się po odbiór bagażu razem z pozostałymi pasażerami naszego lotu – faktycznie, jeden z naszych plecaków pokazuje się na karuzeli. Gorzej z drugim plecakiem – nigdzie nie możemy go znaleźć. Idziemy do punktu zagubionego bagażu, tam również ciężko się dogadać, ale w końcu tłumaczymy że nie mamy jednego z plecaków. Pan z obsługi gdzieś chodzi, rozmawia przez telefon, w końcu znika, a kiedy zastanawiamy się dokąd poszedł, inna osoba z obsługi przywozi do punktu wózek z naszym brakującym plecakiem. Uff!

Wychodzimy do części ogólnodostępnej terminala, tam w końcu znajdujemy punkt informacyjny naszych linii lotniczych, gdzie miła pani zmienia nam rezerwację na lot z lotniska na którym się znajdujemy, na dodatek na wcześniejszą godzinę niż ta, o której mieliśmy pierwotnie lecieć. Dostajemy nawet miejsca razem i to przy oknie. Musimy jeszcze raz nadać bagaż – tym razem pan z obsługi zwraca uwagę na przekroczony limit wagi. Zabiera moją kartę pokładową, daje mi pokwitowanie nadania bagażu, a z tym muszę udać się do specjalnej kasy w której płacę opłatę dodatkową. Dopiero po dokonaniu płatności otrzymuję nową kartę pokładową. Zastanawiam się, czy kwoty opłaty dodatkowej wystarczają nawet na opłacenie kasjera w tej kasie. W końcu przechodzimy znowu kontrolę, znajdujemy naszą bramkę i wsiadamy do samolotu. Widoki też ciekawe – lotnisko Aeroparque znajduje się nad estuarium La Plata, po starcie widzimy więc zachód słońca nad wodą, a w oddali po drugiej stronie La Platy majaczy się Urugwaj. Dalej przez jakiś czas lecimy wzdłuż rzeki Parana, a później robi się już całkiem ciemno.

W Salcie lądujemy późnym wieczorem. Tym razem nie mamy problemu z odbiorem bagażu, ale trochę niepotrzebnie zamarudziliśmy przy wychodzeniu z terminala. Okazuje się, że o tej porze na lotnisku jest niewiele taksówek, więc stoimy w kolejce czekając aż kolejna raczy przyjechać. Pomimo nocnej pory, kurs do centrum jest bardzo tani, kosztuje nas około 5 tysięcy pesos, czyli mniej więcej 5 dolarów. W hotelu przyjemna obsługa, szybko meldujemy się i idziemy spać.

San Carlos de Bariloche

Opublikowano: 12.01.2024 o 1:19 przez mat w Argentyna, Naokoło świata, Patagonia

Przyjeżdżamy do Bariloche bez sprecyzowanych planów na pobyt w tym mieście, a tym bardziej na dalszą podróż. Wiemy tylko tyle, że mieszkanie mamy wynajęte do pierwszego dnia świąt.

23 grudnia zaczynamy od zrobienia prania – bardzo fajnie, że w mieszkaniu jest pralka, ale byłoby jeszcze fajniej, gdyby suszarka na pranie była na tyle duża, żeby można było całe pranie rozwiesić. Część z czystych (ale wilgotnych) rzeczy znajduje chwilowo miejsce na krzesłach i na kaloryferze. Następnie idziemy na dłuższy spacer – kierujemy się w stronę centrum, chcemy zobaczyć sklepy z tutejszą słynną czekoladą. Sklep marki Rapanui nie dość że sprzedaje przeróżne wyroby czekoladowe, trufle, ciasta, ma także lodziarnię, oraz własne lodowisko! Nie jest tanio, ale jest przepysznie. Wracając odwiedzamy supermarket, próbując wymyślić, co z dostępnych tu produktów, można wykorzystać na Wigilię. Wybór jest mocno inny niż w Polsce, na dodatek nie mamy wiele czasu na przygotowania. W końcu udaje się wymyślić jak zrobić bardzo prosty, a jednocześnie smaczny posiłek.

Wieczorem idziemy do tej samej knajpki w której byliśmy dzień wcześniej. Pani przemiło nas wita, próbujemy innych dań niż poprzednio – ale są równie smaczne. Uprzedza nas, że w Wigilię jest u nich zamknięte, więc na zaś życzymy sobie wszystkiego dobrego. Do domu wracamy zmęczeni, ale jeszcze znajduję chwilę, żeby pogłówkować jak jechać dalej. Bilety autobusowe do Salty kosztują sporo, na dodatek taka podróż trwa według rozkładu prawie 40 godzin. Z ciekawości patrzę na połączenia lotnicze – okazuje się, że zwykle bilety są dosyć drogie, ale w pierwszy dzień świąt cena jest niższa niż gdybyśmy jechali autobusem. Dłuższą chwilę zajmuje kupowanie biletów online – nie chcę kupować przez pośrednika, bo wszędzie trzeba płacić w walutach po przeliczeniu po oficjalnym kursie peso argentyńskiego. Na stronie Aerolineas Argentinas początkowo też widzę cenę w dolarach, ale to dlatego, że automatycznie włączyła mi się angielskojęzyczna wersja strony. Po przełączeniu na wersję argentyńską w końcu widzę kwoty w pesos, więc w końcu kupuję nam bilety. Karta zostaje obciążona w pesos, początkowo zostaje to przeliczone na złotówki po oficjalnym kursie, ale po kilku dniach następuje korekta i ostatecznie kwota zostaje przeliczona po korzystniejszym kursie dla turystów.

Wigilia na południowej półkuli wygląda zupełnie inaczej niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Tu właśnie zaczyna się lato, dzień jest bardzo długi i pełen słońca. Zaczynamy od spaceru, tym razem schodzimy nad jezioro Nahuel Huapí, docieramy do molo, z którego widać panoramę gór z ośnieżonymi szczytami. Jest tłum spacerowiczów, niedaleki skate park jest pełen młodzieży, zaś nad samym jeziorem spotkać też można sporo plażowiczów. Bariloche nie jest płaskie, ulice schodzą w stronę wody, niektóre z ulic są tak strome, że zamiast chodnika są schody, a samochody zamiast jechać prosto, jadą krętą drogą jak na Lombard Street w San Francisco.

Na głównym placu też klimat wakacji, chociaż ze sztuczną choinką. Ale wystarczy spojrzeć pod nogi, żeby przypomnieć mroczną historię Argentyny – na bruku namalowane są dziesiątki, czy setki nazwisk wraz z datami. To upamiętnienie desaparecidos – ofiar prześladowań politycznych porwanych przez służby argentyńskiej junty lat siedemdziesiątych.

Pierwsza gwiazdka nie pojawi się jeszcze przez wiele godzin, ale postanawiamy zacząć kolację wigilijną o podobnej godzinie, jak w Polsce. Dań mamy niewiele, ale są bardzo dobre. Jest fasola z cebulą, a następnie bardzo szybko rozpoczynamy deser – jest kilka rodzajów czekoladek, jest świetne ciasto cytrynowe, mamy nawet lody!

Patataj przez patagońską pustać

Opublikowano: 11.01.2024 o 21:03 przez mat w Argentyna, Naokoło świata, Patagonia

Patagonia jest duża, a nawet jeszcze większa. Naszym kolejnym celem jest miasto San Carlos de Bariloche, leżące daleko na północ od El Chaltén, które przecież nie znajduje się całkiem na południu Patagonii. Przed nami ponad doba w podróży.

21 grudnia dosyć leniwie spędzamy poranek, zostawiamy bagaż w hotelu w schowku pod schodami (coś wspomniałem o Harrym Potterze, więc pani recepcjonistka pokazała, że na breloczku od klucza do schowka faktycznie jest napis Harry Potter), idziemy się po raz ostatni przejść po El Chaltén, jemy dosyć wczesny obiad, po czym wracamy po bagaże i idziemy na dworzec. Autobus już czeka, więc oddajemy bagaże, dostajemy kwitek potwierdzający zdanie bagażu, a sami mościmy się na naszych siedzeniach. Tym razem jedziemy autobusem typu cama, co oznacza, że są tylko trzy fotele w rzędzie (z jednej strony korytarza dwa, z drugiej – jeden), fotele rozkładają się może nie do końca, ale całkiem mocno, ogólnie pod względem wygody to coś na kształt samolotowej klasy biznes sprzed dwudziestu lat. Mamy do pokonania 1400 kilometrów, głównie słynną drogą numer 40. Podziwiam kierowców naszego autobusu – jest ich tylko dwóch, mają za sobą już kilka godzin jazdy z El Calafate, a przed nimi ponad doba do Bariloche, dodatkowo pomagają pasażerom, układają bagaż – to naprawdę ciężka praca.

Droga mija niespiesznie, czasem nawet bardzo – długie odcinki wciąż nie są asfaltowe, więc przez wiele godzin bujamy się patataj po gruntowej drodze. Za oknami prawie pusto – czasem widać gwanako czy strusie nandu, ale poza tym tylko kępy traw aż po horyzont. Wieczorem i rano dłuższe postoje na stacjach benzynowych, gdzie można się odświeżyć, zjeść, czy kupić coś do picia. Dobrze że mamy ze sobą czytniki, a na nich książki – przez większość trasy jesteśmy poza zasięgiem telefonii komórkowej i internetu. Zarówno zachód jaki i wschód słońca wyglądają pięknie. Im dalej na północ, tym bujniejszą roślinność widzimy, pod samym Bariloche robi się bardzo wiosennie i zielono.

Do Bariloche dojeżdżamy późnym popołudniem, po ponad 26 godzinach od wyjazdu z El Chaltén. Teraz tylko taksówka do naszego wynajętego mieszkania, trochę się odświeżyć i kolacja w pobliskiej knajpce. Widać, że turyści rzadko tam bywają, ale miejscowych jest dużo, a jedzenie smaczne. W drodze powrotnej po raz pierwszy podczas tego wyjazdu widzę Fiata 125 (bez „p” – bo produkowany w Argentynie, na dodatek tamtejszy model był dużo bliższy włoskiemu pierwowzorowi, czyli był nowocześniejszy mechanicznie niż nasze 125p) – byłem tak zaskoczony, że zrobiłem tylko bardzo niewyraźne zdjęcie telefonem. Auto zdecydowanie widziało lepsze czasy, było całe pordzewiałe, miało poobijane reflektory i spękane i wyblakłe klosze lamp, tłumika też nie było (to akurat częste w Argentynie), ale wciąż na chodzie!

El Chaltén

Opublikowano: 9.01.2024 o 2:32 przez mat w Argentyna, Naokoło świata, Patagonia

Dosyć trudno ustalić nam plan na następne dni – początkowo planujemy jechać bezpośrednio do Bariloche, ale po długich przemyśleniach postanawiamy zatrzymać się jeszcze po drodze w El Chaltén. 18 grudnia zaczynamy od kilku godzin w autobusie, potem na miejscu obiad, spacer do hotelu (na szczęście El Chaltén jest dużo mniejszą miejscowością od El Calafate), a resztę wieczoru spędzam przy komputerze, starając się spisać wrażenia ostatnich dni.

El Chaltén reklamuje się jako stolica patagońskich szlaków turystycznych – faktycznie, sama okolica miasteczka jest przepiękna, z okna naszego pokoju hotelowego widzimy Cerro Fitz Roy. Rano idziemy na stosunkowo łatwy szlak, ale okazuje się że przeceniliśmy tutejszą naturę – jest mnóstwo komarów, a my nie wzięliśmy sprayu na owady. Po czterech kilometrach, na drugim punkcie widokowym poddajemy się i wracamy.

Po powrocie do miasteczka narada i ustalanie planów na następne dni. Idziemy na dworzec kupić bilety na autobus do Bariloche na jutro, okazuje się że bilety na jutrzejszy kurs są wyprzedane. Kolejna burza mózgów – czy jechać tylko część drogi, czy zostać dłużej w El Chaltén – wracamy do hotelu, okazuje się, że możemy przedłużyć pobyt o jedną noc, płacimy za hotel i wracamy na dworzec kupić bilety na pojutrze.

Nasz dodatkowy dzień w El Chaltén – 20 grudnia – przeznaczamy na wyrównanie naszych rachunków z okolicznymi szlakami. Idziemy do Laguna de Los Tres, jeziora u stóp Cerro Fitz Roy. Droga wygląda następująco – 2 kilometry spaceru przez miasteczko (płasko), zaraz po wejściu na szlak ok. 2-3 kilometrów podejścia mniej więcej 400 metrów w górę, potem 8 kilometrów prawie płaskiego szlaku przez las i łąki, po czym ostatni kilometr i ponad 450 metrów przewyższenia. W sumie 13 kilometrów i 1000 metrów przewyższeń. Widoki niesamowite – góry, lodowce, dzikie zwierzęta. W pierwszej godzinie drogi widzimy kondora, który majestatycznie krążył nad nami nabierając wysokości. Za to przy samym jeziorze widzimy miescowego lisa (zorro) – mam wrażenie że bardziej przypomina psa, jest też większy od lisów, jakie widziałem w Polsce. Wracamy bardzo zmęczeni, ale było warto!

Lodowiec Perito Moreno

Opublikowano: 9.01.2024 o 2:12 przez mat w Argentyna, Naokoło świata, Patagonia

17 grudnia o 9 rano przyjeżdża po nas autobus z wycieczką. Świetny przewodnik całą drogę opowiada o parku narodowym, o lodowcu Perito Moreno, o tym, kim był sam Perito Moreno, w końcu wjeżdżamy do parku. Bilety do parku jeszcze nie zdążyły zdrożeć po dewaluacji peso, więc sam wstęp do parku kosztuje nas mniej, niż czytaliśmy w przewodniku. Niedługo później zatrzymujemy się na pierwszym punkcie widokowym – widzimy już lodowiec! Kolejne kilkanaście minut i przyjeżdżamy do przystani, gdzie wsiadamy na statek, którym podpływamy aż pod sam lodowiec. Niesamowite wrażenie zobaczyć tak olbrzymią ścianę lodu z bliska! Pogoda jest świetna, więc widzimy też aż po horyzont góry z których spływa lodowiec.

Po rejsie jedziemy jeszcze do centrum parku, skąd zaczyna się kilka szlaków pieszych prowadzących w pobliże lodowca. Ciężko jest wyobrazić sobie skalę, czoło lodowca ma średnio ponad 70 metrów wysokości, czyli podobnie jak kilkunastopiętrowy wieżowiec. Ewentualnie w drugą stronę – wieżowce warszawskiej Ściany Wschodniej są zaledwie ok. 10 metrów wyższe od czoła lodowca.

Udaje się nam zobaczyć jak lodowiec się cieli – z hukiem odpadają zeń wielkie bryły lodu i lądują w wodzie. Co pewien czas słychać jakby wystrzały – ale nie każdy taki „wystrzał” jest widowiskowy. Lodowiec po prostu wydaje takie dźwięki, kiedy się porusza. Trzeba więc wpatrywać się w ścianę lodu, bo jest ona na tyle daleko, że dźwięk słychać wyraźnie później niż widać odłamujące się kawałki lodu. Tak czy inaczej – niesamowite wrażenia!

W dobrych humorach wracamy do El Calafate. Po drodze spotykamy nawet grupę zwiedzającą okolicę konno – widać, że nie tylko konie mechaniczne są popularne w okolicy.

Argentyńskie początki

Opublikowano: 7.01.2024 o 1:12 przez mat w Argentyna, Chile, Naokoło świata, Patagonia

15 grudnia budzimy się wpół do szóstej, zbieramy rzeczy, kot już miauczy za drzwiami i domaga się głaskania, głaszczemy kota, szybki spacer na dworzec, jest szósta z minutami, więc kupujemy jeszcze przekąski i napoje na podróż, oddajemy nasze plecaki do bagażnika, zajmujemy miejsca i ruszamy w drogę do Argentyny. Pierwszy przystanek to chilijski punkt graniczny – oddajemy karteczki, jakie dostaliśmy przy wjeździe, dostajemy pieczątki wyjazdowe, wracamy do autobusu, kilka minut później docieramy do granicy Argentyny. Tam znów trzeba wysiąść, ustawić się w kolejce, miła pani sprawdza nasze paszporty, ale nie wbija pieczątek – mamy nadzieję, że nie będziemy przez to mieć problemów przy wyjeździe. Zamiast jechać słynną Ruta 40, która w tej okolicy jest gruntowa, jedziemy okrężną drogą, ale przynajmniej asfaltem.

Przez chwilę jesteśmy dużo bliżej Atlantyku niż Pacyfiku – jesteśmy na tyle daleko na południe, że kontynent jest już całkiem wąski. Wczesnym popołudniem meldujemy się w El Calafate. Dworzec autobusowy jest położony dla niepoznaki w dzielnicy o nazwie „Stare lotnisko”. W knajpce naprzeciwko dworca pusto, ale wygląda przyjemnie, mają wifi, jemy więc obiad, po czym idziemy spacerem do naszego hotelu. El Calafate ma kilka szerokich, betonowych arterii, wielkich rond ulicznych, ale boczne uliczki często są szutrowe, na dodatek na całej naszej trasie nie było chodnika. Z hostelu mamy piękny widok na centrum El Calafate i na Lago Argentino nad brzegiem którego miejscowość się znajduje.

Wieczorem kolejny spacer – centrum miasteczka typowo turystyczne, dużo knajpek, biur oferujących wycieczki i sklepów dla turystów. Próbujemy zrozumieć jak wymienić pieniądze – okazuje się że jest kilka opcji:

  1. W większości miejsc można płacić kartą, z reguły z karty pobierane są pieniądze po oficjalnym kursie, ale po kilku dniach transakcja jest przeliczana i ostatecznie konto jest obciążane po kursie zbliżonym do kursu „blue”, czyli tego nieoficjalnego, korzystniejszego.
  2. Najlepszy kurs wymiany dolarów amerykańskich lub euro na argentyńskie peso można uzyskać albo u cinkciarzy, albo w sklepach typu mały sklep spożywczy (my korzystnie wymieniliśmy pieniądze akurat w pralni, gdzie po prostu poszliśmy zanieść pranie).
  3. Wiele miejsc przyjmuje zapłatę w dolarach lub euro, z reguły wydają resztę w pesos, ale zdarza się że również resztę można dostać w dolarach.

Mieliśmy też trochę szczęścia (w odróżnieniu od Argentyńczyków trzymających oszczędności we własnej walucie) – dwa dni wcześniej peso argentyńskie zostało zdewaluowane o jakieś 50%, gdybyśmy wcześniej byli w Argentynie i wtedy wymienili od razu większe pieniądze, bylibyśmy mocno stratni. Musimy się też przyzwyczaić do tego, że największym (choć rzadziej spotykanym) nominałem jest w tej chwili 2000 pesos, warte nieco ponad 2 euro, a najczęściej widzimy banknoty 1000 pesos – więc portfele są grube.

Nawet w miejscowościach turystycznych można tutaj zjeść nieźle i w dobrej cenie. Trafiamy do knajpki pełnej zdjęć z zawodów samochodowych lat 30. i 40., chyba przodek właścicieli był wtedy zawodnikiem. Dodatkowo reprodukcje okładek magazynów z tamtych lat z takimi mistrzami jak Juan Manuel Fangio czy Jose Froilan Gonzales. Wspaniały wieczór!

Kolejny dzień spędzamy dosyć leniwie, przed południem wykupujemy w hotelu całodniową wycieczkę do parku narodowego Los Glaciares, a później znów , chociaż spacerując tu i tam nagle znajdujemy się na plaży nad jeziorem – po czym orientujemy się, że jesteśmy godzinę piechotą od naszego hotelu. Przynajmniej dobrze się wysypiamy.

Trzy wieże

Opublikowano: 7.01.2024 o 0:22 przez mat w Chile, Naokoło świata, Patagonia

14 grudnia, ostatni dzień naszego obozu wędrownego to poranna pobudka, zwijanie namiotu, oraz przepakowanie się – do jednego plecaka wkładamy same ciężkie rzeczy, w drugim zostają rzeczy na wycieczkę na lekko – ciepłe ubrania, przekąski, itp. Chwilę potem ciężki plecak zostawiamy w przechowalni w pobliskim schronisku i idziemy do Base de Torres, skąd podobno jest piękny widok na Torres del Paine. Szlak, nawet na lekko, jest dość wymagający. Oddalamy się w końcu od jezior, pomimo tego, że wchodzimy na większą wysokość, drzewa w lesie robią się coraz wyższe – domyślam się, że to dlatego, że bliżej jezior są mocniejsze wiatry, a dolina, którą idziemy, jednak trochę przed wiatrem chroni. Dochodzimy do ostatniego punktu przed Mirador Base de Torres, zostało nam około godziny żeby przejść ostatni kilometr, ale decydujemy się zawrócić. Pogoda się psuje, szczytów nie widać zza mgły, wzmaga się wiatr i zaczyna padać. Zamiast tego po drodze zatrzymujemy się w Refugio Chileno i fundujemy sobie obiad.

Potem jest już właściwie z górki: do Refugio Central po bagaż, na przystanek busa, busem do Laguna Amarga, tam godzinka czekania na autobus do Puerto Natales. W międzyczasie robimy podsumowanie, okazuje się że w 5 dni przeszliśmy 89 kilometrów, z czego 69 z dużymi plecakami.

W Puerto Natales jesteśmy o 22, na dworcu kupujemy bilety na następny dzień (sensowne połączenie było tylko o 7 rano – ale okazuje się, że na dworcu musimy być o 6.30 żeby się odprawić), spacer do naszej kwatery, jeszcze tylko głośno zapukać, żeby pani nam otworzyła, pogłaskać kota, bo inaczej nas nie wpuści do środka, tam kolejne przepakowanie – żeby wziąć rzeczy, które zostawiliśmy na przechowanie, szybki prysznic i czas na krótki sen.

Wicher silne drzewa głaszcze, hej!

Opublikowano: 7.01.2024 o 0:01 przez mat w Chile, Naokoło świata, Patagonia

Trzeci dzień – 12 grudnia – mija pod znakiem jeszcze silniejszego wiatru niż w poprzednich dniach. Rano nawet pomaga, bo namiot błyskawicznie wysycha po nocnych deszczach, później jednak nie dość że wiatr się wzmaga, to pomimo tego, że kierunek z grubsza się zgadza, to trochę nami rzuca, kiedy idziemy z plecakami.

Kiedy rezerwowałem miejsca noclegowe na naszą wędrówkę, nie było już zwykłych miejsc na namiot na campingach w środkowej części litery „W” naszego szlaku. Camping Frances oferował za to miejsca luksusowe – w bardzo solidnych namiotach na wysokich na dwa metry platformach, umieszczonych wśród lasu, do namiotu wchodzi się drabinką od dołu. Jest to dużo droższe od noclegu we własnym namiocie (o ile dostępne są miejsca), więc początkowo żałowałem, że nie zabrałem się wcześniej za planowanie i robienie rezerwacji. Okazało się jednak, że nocą z trzeciego na czwarty dzień był najsilniejszy wiatr, powyżej 70 km/h, więc nawet dobrze się złożyło, że nie musieliśmy sprawdzać, czy nasz ultralekki namiot podróżny sobie z tym poradzi.

Całe popołudnie spędziliśmy w namiocie – teoretycznie mogliśmy jeszcze iść na lekko i zobaczyć Mirador Britanico, ale widzieliśmy z daleka, że nadciągnęły nad tamtą okolicę ciemne i niskie chmury – więc uznaliśmy, że nie ma sensu robić sobie tej wycieczki w taką pogodę. Wolimy patrzeć w drugą stronę, na jezioro, które z góry wygląda wspaniale.

Czwarty dzień – 13 grudnia – zaczynamy jak zwykle od chińskich zupek, a potem od razu na szlak. Jesteśmy już rozchodzeni, więc nieźle nam się idzie – w sam raz na najtrudniejszy odcinek naszego obozu wędrownego. Idziemy przez Cuernos do Camping Central, który może niekoniecznie zgodnie z tym, jak się nazywa, jest ostatnim punktem trasy „W”. Na pokonanie blisko 18 kilometrów potrzebujemy, odliczając postoje, 6 godzin marszu. Po dwóch godzinach pierwszy postój w Cuernos – zamawiamy w schronisku bardzo smaczną empanadę, kupujemy tabliczkę czekolady (z jakiegoś powodu we wcześniejszych schroniskach mieli nawet spory wybór przekąsek, ale czekolady nie było) i idziemy dalej. Pogoda bardzo ładna, słońce, dużo słabszy wiatr, i co chwilę widoki ze szlaku na połyskujące turkusowo jezioro Nordenskjöld.

Ostatni kilometr czy dwa idziemy przez względną cywilizację, szukając naszego campingu. Jeszcze tylko zorientować się jak wygląda kwestia busa z Central do Laguna Amarga (bus jeździ o takich porach, żeby zdążyć na autobus dalekobieżny w Laguna Amarga, płatność na miejscu w busie), rozbić namiot, ugotować sobie kolejną porcję ravioli i spać!